Dlaczego warto jechać na program Work&Travel USA?

 

Bóg kochał to co stwarzał, ale gdy spojrzeć na geografię i przyrodę Stanów Zjednoczonych, trudno się nie zgodzić, że najbardziej kochał Amerykę. Kiedy Krzysztof Kolumb odkrywał, dla nas Europejczyków, nowy kontynent, musiał zapłakać ze szczęścia. On już widział oczyma wyobraźni, że tu będzie nowy lepszy świat. Że ten ląd zamieszkają ludzie rozważni i romantyczni, odważni i wrażliwi, kochający wolność, a nie bojący się ciężkiej pracy. I tak istotnie się stało. Tak jest do teraz. Dzisiaj, dzięki programowi „Work and Travel” każdy z nas, studentów, może być Kolumbem. Każdy może stać się Amerigo Vespuccim przemierzającym tereny dzisiejszych Stanów Zjednoczonych wzdłuż i wszerz, i wreszcie dzięki możliwości legalnej pracy, każdy może stać się Rockefellerem, i spełnić sen od pucybuta do milionera.

Kiedy ktoś ze znajomych zapyta mnie „czy warto jechać na ten cały program Work and travel do USA?”, odpowiadam mu zwykle „masz teraz godzinkę wolną? To chodź na kawę, bo szybko wszystkich argumentów za (za-chwytu) nie wyrażę”. Hej, Czytelniku! Masz teraz chwilkę czasu? Posłuchaj...

Studenci to farciarze. Specjalnie dla nich amerykański rząd uruchamia olbrzymi program, umożliwiający im zarabianie pieniędzy w legendarnych dolarach, do tego daje im wizę J1 pozwalającą być prawie pół roku w Stanach, a na wizie mamy dumnie napisane, że oto jesteśmy na wymianie kulturalno-oświatowej. To przywilej nielicznych. Elitarna wiza z możliwością legalnej pracy i podróży, choćby dlatego warto jechać na program Work and Travel. Let’s go!

 

Bóg kochał Amerykę, stworzył ją tak piękną i różnorodną! W Stanach są wszystkie strefy klimatyczne! Jedno państwo a jakbyś zwiedził cały świat.

Od gorącej Florydy nad Oceanem, przez równiny środkowych stanów do Gór Skalistych, a dalej przez pustynie Arizony i Nevady do Kalifornii – raju na Ziemi. Za ciepło? Może Alaska? Parki narodowe USA uważane są za najpiękniejsze na świecie. Sam pracowałem w Yellowstone, i choć przedtem obejrzałem chyba z pół tysiąca zdjęć, to i tak gdy pierwszy raz zobaczyłem tamtejszy Kanion mało co nie wpadłem w jego czeluść z wrażenia. Nowy Jork jest niekwestionowaną stolicą świata, San Francisco najpiękniejszym miastem na świecie, a w Chicago masz pewnie rodzinę, którą wypada odwiedzić (w Chicago. Nawet nasz Mikołaj Kopernik „doesn’t care” o ptaki na głowie). Wbrew pozorom podróżowanie po Stanach jest niedrogie, tańsze niż po Europie. (Przed wyjazdem koniecznie przeczytaj „W drodze” Jacka Kerouaca, cała książka to opis włóczęgi samochodem po Stanach.) A skoro jeszcze zarabiasz tam niemałe sumy zielonych, które masz na podróże, wypożyczenie auta, czy co tam sobie marzysz, to w czym problem? Let’s go!


Amerykanie są jak duże dzieci. Tę opinię powtarza się w zarozumiałej Europie z pogardą. I nawet jeśli jest w tym część prawdy to stan dzieciństwa jest chyba najszczęśliwszym okresem w życiu? I Amerykanie właśnie wyglądają na najszczęśliwszych ze wszystkich ludzi, są bez kompleksów, i jak dzieci chcieliby się z Tobą bawić, pomóc ci, ładnie się zaprezentować i umilić czas. Język jest dla nich narzędziem komunikacji i tolerują twój angielski jaki by on nie był. Studiuję filozofię w Uniwersytecie Warszawskim, ale to nie zapamiętane rady wielkich mędrców pomagają mi w kłopotach, ale wspomnienie setek Amerykanów, którzy z uśmiechem powtarzali mi „Don’t care!”. Amerykanie są najbogatszym i najbardziej wpływowym narodem świata, a mimo to są prostoduszni, gościnni, otwarci i hojni. A do tego robi na nich wrażenie student z Europy, i to z Polski („Lech Walesa! He is Hero!”), który odważnie przemierza ocean tylko po to by odwiedzić ich kraj. I Ty miej w sobie coś z Amerykanina. Don’t care!

 

Praca? Sama przyjemność (Ta „groźna” :)) Pani grożąca mi palcem to mój pracodawca). Jesteś traktowany jak student, na równi z innymi a nie jak tania siła robocza, którą trzeba wykorzystać do maksimum. Z pracodawcami jesteś na „ty”, to Twoi partnerzy. Jasne, że trzeba być obowiązkowym i się nie lenić, ale praca na „Work and Travel” to zwykła przyjemność i frajda: kelner, asystent kelnera, barman, hostessa, ratownik! Do tego pracujesz w gronie ludzi z całego świata. Duch wspólnoty. Pracujesz i spędzasz wolny czas w miejscach, gdzie ludzie za kilkudniowy pobyt płacą setki dolarów: parki narodowe, ekskluzywne hotele na wschodnim i zachodnim wybrzeżu, parki rozrywki itd. A Ty jesteś tam za darmo, a te setki dolarów to dodatkowo jeszcze zarabiasz, a nie tracisz. Europa Zachodnia jest przepełniona tanią siłą roboczą, nikt tam nie ma skrupułów ni litości. To, że euro stoi wyżej niż dolar jeszcze nie znaczy, że będziesz zarabiał mniej dolarów niż euro. Gentlemani o pieniądzach nie rozmawiają, ale powiem Ci na ucho, Czytelniku, że prawdziwa gorączka złota od dawna jest właśnie w Stanach, a nie na jakichś Wyspach. Ale do Europy może wyjechać każdy, pierwszy lepszy, a do Stanów tylko studenci, i stąd ta szansa. Let’s go!

Dolar stoi słabo, oj słabiutko – wielu tak się żali. Ale dzięki temu bardzo obniżają się koszty biletu i programu. Konkret: kilka lat temu bilet do Nowego Jorku kosztował 2600 zł, teraz kupisz taki sam za 1600 zł. Do Kalifornii możesz polecieć w tę i z powrotem za 2000 złotych. Program kiedyś kosztowałby Cię ze 3500 zł teraz zaoszczędzisz co najmniej 1000 złotych. Co jeszcze oznacza tani dolar? Tanie zakupy w Stanach! To paradoksalne, ale w bogatej Ameryce jest taniej niż w Polsce. Elektronika 30% tańsza, ubrania za bezcen i mnóstwo towarów niedostępnych jeszcze długi czas czy to nad Wisłą, czy nad Loarą, czy nad Tamizą.  

 

A teraz wyobraź sobie swój powrót po wakacjach ze Stanów do Polski. Satysfakcja, duma, bogatszy we wspomnienia, bogatszy w doświadczenia, bogatszy w portfelu, bogatsze CV. From rags to rich! Może to naiwne, ale człowiek czuje się dowartościowany takim wyjazdem. „Pracowałem w Stanach” - brzmi dobrze. Twoi rodzice cieszą się, że „ nasz synek/córeczka taki zaradny, samodzielny”, pracodawca zaciera ręce na twoje CV, na angielskim brylujesz i nonszalancko mówisz amerykańskim akcentem, ku trwodze pani british-anglistki. Masz nowego laptopa (w Stanach pracowałeś na niego jakieś osiem dni), nowe ubrania za parę dolców, które w Europie kosztują pół emerytury Twojej kochanej babci. Jesteś pewny siebie, nie przejmujesz się małymi rzeczami, uśmiechasz się i planujesz następny wyjazd do Stanów. I nawet jakby więcej dziewczyn kręci się koło Ciebie. Brzmi jak sen? Bo to jest sen, który wszystkim uczestnikom programu Work and Travel się spełnia.  Bo to jest American dream z gwarancją BTC.

 

 
Jerzy Ziemacki
student Uniwersytetu Warszawskiego
zachwycony uczestnik programu W&T w wakacje 2007 roku